Jaki aparat i obiektyw kupić do fotografowania swoich dzieci ?

OLYMPUS DIGITAL CAMERABez względu na to, czy dopiero zastanawiasz się nad zakupem aparatu, czy robisz zdjęcia jedynie smartfonem lub drogą lustrzanką, chciałbym podzielić się z Tobą moim doświadczeniem jakiego nabyłem przy zakupie sprzętu do fotografowania Bartka.

Zdradzę Ci od razu puentę tej historii: rozważając zakup konkretnego modelu, rozpoznając swoje potrzeby, nauczyłem się, że w fotografii najważniejsze jest, aby zdjęcia po prostu robić! Tymczasem na początku wpadłem w pułapkę porównywania różnych modeli bez przerwy, miały tygodnie, Bartek robił kolejne postępy, a ja wciąż nie wiedziałem co kupić. Z drugiej strony decyzja nie może być podjęta pochopnie. Sprzęt, którego używasz musi Ci się podobać i musi być dla Ciebie wygodny i lekki. Nie wyobrażam sobie chodzenia z ciężką lustrzanką i równie ciężkimi obiektywami na długie wycieczki, chyba żebyśmy zwiedzali samochodem safari ;)

W tym momencie dumni użytkownicy topowych smartfonów mogą sobie pomyśleć, że właśnie takie mają podejście i nie potrzebują poza telefonem dodatkowego aparatu. Niewybredni niech przejrzą sobie zdjęcia z billboardów, okładek książek, plakatów itp. Zwrócicie uwagę, że na profesjonalnych zdjęciach np. portretowych widoczne są wyraźne rysy twarzy, fotki nie są prześwietlone itd…  Bo w fotografii schody robią się wprost proporcjonalnie do pogarszających się warunków oświetleniowych, a w takich smartfony i kompakty wymiękają…

Dla mnie i Magdy obecnie ważne jest, aby aparat robił super jakości zdjęcia portretowe i był zawsze pod ręką, czyli nie może być za duży. Zanim jednak powiem więcej o naszym wybrańcu, chciałbym podzielić się refleksją z innymi amatorami fotografii o aparatach z wymienną optyką.

Początkujący, którzy przesiadają się z aparatów kompaktowych na np. lustrzanki mają często wrażenie, że teraz jakość ich zdjęć znacznie się poprawi. Tymczasem często okazuje się, że obiektyw (tzw. kitowy) dołączony do aparatu robi zdjęcia na poziomie lepszego kompaktu…, i efekt jest rozczarowujący. W tej grupie użytkowników, mało kto sobie zdaje sprawę, że być może lepiej kupić tańszy korpus (tzw. body), a zainwestować w droższy obiektyw.  W skrócie mówiąc, lepsze obiektywy są jaśniejsze, wpuszczają na matrycę aparatu więcej światła co daje lepsze, ostrzejsze zdjęcia, nawet w gorszych warunkach oświetleniowych. Warto o tym pamiętać, aby w pełni wykorzystywać potencjał jaki dają aparaty z wymienną optyką.

Na początku, bez rozeznania bieżącego rynku, chciałem kupić kultową już lustrzankę, Nikona D90. Niby zakup miał być świadomy, bo dwa razy pożyczyłem ten model od kolegów (pierwszy raz 4 lata temu pstrykałem nim zdjęcia na imprezie, na której bliżej poznałem moją obecną żonę ;)). Na szczęście w dwóch sklepach zamówienie zostało anulowane, bo okazało się,  że mimo pozytywnych opinii o Nikonie D90, jest to już model leciwy i wycofywany z dystrybucji. Zabrałem się więc za rozeznanie rynku na poważnie ;)

Po lekturze wielu testów na portalach, a także podpytując na forach fotograficznych (szczególne podziękowania dla Macieja Gancarza, administratora forum Fotopolis) wybór padł na bezlusterkowca Olympusa PEN E-PL5. W zestawie z aparatem dostaliśmy dwa niezwykle lekkie obiektywy: 14-42 mm i 40-150mm. W serwisie Camera Siza możecie zobaczyć o ile mniejszy kupiłem aparat od, pierwotnie planowanego, Na dobre recenzje tego modelu wypływa m.in. system mocowania obiektywów Mikro Cztery Trzecie, który pozwala na podłączenie wielu szkieł także z poza „szklarni” Olympusa. Jakie zdjęcia robi PEN E-PL5 z różnymi obiektywami możecie się przekonać w teście Optyczne.pl. Dodam tylko, że jednym z walorów opisywanego aparatu jest dotykowy, odchylany ekran, który pozwala na robienie „słit foci” i zdjęć w „parterze”, kiedy gonimy dziecko na czworakach :)

Ze względu na to, że nam szczególnie zależało na robieniu zdjęć portretowych dokupiliśmy od razu stałoogniskowy obiektyw Olympus M.Zuiko Digital 45 mm f/1.8 i dzięki niemu jesteśmy mega zadowoleni z całego zakupu! W końcu miny jakie robi Bartek zostają uchwycone. Dobra jakość obiektywu pozwala robić nieporuszone, nasycone kolorami zdjęcia nawet tak ruchliwemu dziecku jakim jest nasz syn :) Z drugiej strony ładny efekt rozmytego tła sprawa wrażenie, że fotografowane obiekty są na wyciągnięcie ręki!

Trzeba Jednak przyznać, że ograniczeniem tego obiektywu jest wąskie pole wiedzenia, przez co trudno np. na małej przestrzeni objąć w kadrze duży obiekt lub kilka obiektów. Upierdliwe (za przeproszeniem) jest też zmienianie obiektywów, tym bardziej, że kitowe obiektywy z szerszym kątem dołączone do zestawu już takiej jakości zdjęć nie robią. W takich momentach czasami w akcji wykorzystujemy nasz kompakt Canona PowerShot SX220. Notabene, chociaż przebywa już na ławce rezerwowych, to nie stracił palmy pierwszeństwa jako kamera do nagrywania filmów Full HD.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA aparat (1)
OLYMPUS DIGITAL CAMERA aparat (2)Zdjęcia od lewej wykonane są aparatem Olympusa, a od prawej kompaktem Canona. Zwróć uwagę na różnicę w ostrości kolorów i ładniejszy efekt rozmytego tła, oczywiście na korzyść Olympusa ;)

Przed zakupem obiektywu M.Zuiko Digital 45 mm f/1.8 testowałem jeszcze obiektyw Panasonica 20 mm f/1.7Dzięki niemu mógłbym obejmować szerszy kadr, ale nie kupiłem tego obiektywu, bo z tej 45tki wychodziły mi w sklepie po prostu lepsze zdjęcia :)

Na koniec jak zwykle krótka refleksja moralizatorska ;) Kiedy miałem 5-6 lat dostałem od dziadka Zenita. Pamiętam, że powiedziałem wtedy mamie, że jest to „najszczęśliwszy dzień w moim życiu” :)  Dzięki fotografii widzimy jak się zmieniamy i możemy pogłębić refleksję nad tym jak żyć jeszcze lepiej. Ale tak jak ze wszystkim, także w fotografii warto zachować umiar. Przy fotografowaniu np. kolejnych etapów życia naszych dzieci łatwo się zapomnieć i uczynić zdjęcia celem samym w sobie. Przez to przestajemy być uczestnikami wydarzeń, bo skupiamy się jedynie na przekazywaniu relacji. A przecież naszym dzieciom zależy, aby być z nimi „tu i teraz” :)

Czy kupować słoiczki czy gotować jedzenie dla dziecka samemu?

Przed takim pytaniem stanęliśmy niedawno, kiedy czas było urozmaicić dietę Bartka o coś więcej niż mleko. W opinii naszych dzieciatych znajomych przeważa zdanie, aby nie babrać się z przygotowaniem obiadków tylko je kupować w słoiczkach. Skłania ku temu wygoda oraz bogate menu jakie oferują sklepy, które wręcz uginają się od słoiczków z obiadkami, deserkami itp. My jednak jako ambitni rodzice postanowiliśmy sami przygotować zapasy jedzeniowe, aby sprawdzić czy taka praca się opłaca.

Zaczęliśmy od wytropienia sklepu mięsnego, w którym są do kupienia kurczak bez hormonu wzrostu, a także królik i indyk. Dla zainteresowanych warszawiaków, padło na sklep Befsztyk przy ul. Puławskiej 176. Nie pamiętam ile ważyły wspomniane mięsa, ale w sumie wydałem niespełna 100 zł za dwie piersi z kurczaka i indyka oraz comber królika.

W kuchni podzieliśmy się robotą, moja kochana żona zajęła się przygotowaniem zupki warzywnej, a ja mięsem. Zupa powstała w dwóch ziemniaczanych wariantach: z brokułami i dynią, do obu „papek” Magda dodała oliwę i gluten.

Jeśli chodzi o mięso to najpierw umyłem i ugotowałem: jedną pierś kurczaka i indyka oraz połowę combera z królika (resztę schowałem do zamrażalnika). Każdy rodzaj mięsa, po ugotowaniu, podzieliłem na 10 gramowe porcje. Gdybyśmy mieli pod dostatkiem warzyw i miejsca w zamrażalniku na pojemniki, to moglibyśmy od razu zblenderować mięso z zupkami, tymczasem papki starczyło nam na 8 obiadów. Najżmudniejszą robotą, bo trwającą aż 2 godziny, było zawijanie mięsa w sreberka, aby nie skleiły się w zamrażalniku. Mamy nadzieję, że te zapasy będziemy wykorzystywać przez najbliższe pół roku (?) do świeżo przygotowanych gotowych warzyw.    

IMG_0146

A oto przybliżone koszty przygotowania królika a’la handmade z ziemniakami i brokułami: Za 15 zł Comber’u królika udało mi się przygotować 12 dziesięciogramowych porcji mięsa jako wkład do zupek. Wychodzi więc 1,25 zł mięsa na porcję. Koszt wkładu, czyli warzyw jest mocno uzależniony od sezonu. Trudno też policzyć inne koszty związane z wykorzystanym gazem/prądem. Niemniej przy w zaokrągleniu zakładam, że koszt przygotowania jednego obiadku to 2 zł. Gotowy słoiczek z podobnym posiłkiem możemy kupić za 3,20 zł. 

To jeden z pierwszych zestawów obiadowych dla niemowlaka, składający się tylko z trzech składników. W miarę rozwoju potrzeby żywieniowe dziecka rosną i posiłki trzeba coraz bardziej urozmaicać, a nie wszystkie produkty są tak łatwo dostępne jak ziemniaki, brokuły czy dynia. Na pocieszenie pozostaje fakt, do powyższego zestawienia kosztów trafił ekskluzywny królik, a w tej samej cenie da się zrobić więcej indyka i jeszcze więcej kurczaka.

Na koniec zwróćmy jeszcze uwagę na tak niewymierną wartość jak czas przygotowania obiadków, dla jednych godzina pracy warta jest 10 zł dla drugich 100 zł. Dla mnie i Magdy satysfakcja ze wspólnie spędzonego czasu okazała warta poświęcenia.

Nastała moda na wspólne przygotowanie sushi ze znajomymi, a może tak zaprosić dzieciatych znajomych na przygotowanie nie-kupnych (zdrowszych… ) obiadków dla naszych dzieci? Przecież to wspaniała zabawa! :)

Pierwszy e-mail napisany przez Bartka, już 3 dni po urodzeniu

Poniżej publikuję e-mail jaki wysłaliśmy 3 dni po narodzinach Bartka do znajomych. Miała to być zbiorowa odpowiedź na telefony i pytania zadawane w smsach, na które nie mieliśmy wtedy czasu odpowiadać. Aby zadość uczynić temu milczeniu poniższe wydarzenia opisałem słowami ich głównego Bohatera. Zakładałem, że historia przedstawiona w ten sposób lepiej przemówi do wyobraźni i sprawi, że nasi bliscy staną się jej „bezpośrednimi” świadkami. Teraz mam nadzieję, że także i Ty, drogi Czytelniku, poczujesz klimat narodzin mojego synka, a przez to odkryjesz źródło, z którego czerpię inspiracje do kolejnych wpisów na tym blogu.

Dzidziuś Zalewski

Dzidziuś Zalewski

Cześć jestem Bartek, chociaż w szpitalu położne i lekarki częściej mówią na mnie „Dzidziuś Zalewski” :) Podobno jestem ich pupilem. Może dlatego, że duzi ludzie lubią małe dzieci, a ja jestem jednym z mniejszych na oddziale, ważę nie wiele więcej niż dwie paczki cukru.

Wybaczcie, że urodziłem się w poniedziałek a piszę do Was dopiero teraz. Tak wiele się działo, że nie miałem czasu ogarnąć myśli. Wysyłam Wam na razie jedno swoje zdjęcie, abyście mieli pojęcie jak wyglądam. Na kolejne przyjdzie czas, z tego co widzę mój Tata ma aparat co też nagrywa filmy, więc o dokumentację swoich pierwszych dni życia się nie martwię.

Może kilka słów wprowadzenia. Pewnie większość z Was słyszała, że mam się urodzić pod koniec października. Sytuacja się jednak skomplikowała w ubiegły czwartek, kiedy na badaniu USG lekarka stwierdziła, że powinienem być większy niż jestem. Ja nie chce być sędzią we własnej sprawie, powiem tylko, że w brzuchu u mamy było mi bardzo dobrze i chętnie bym tam jeszcze posiedział. Za to jak urosnę, to porozmawiam sobie z tą lekarką!

W piątek i w sobotę, próbowali mnie wywołać na swoje sposoby, ale ja im się nie dawałem. Założyliśmy nawet z mamą strajk, że nie wychodzimy. W niedziele była chwila oddechu… ale w poniedziałek przystąpili do kontrataku. Szybko się zorientowałem, że tym razem już się nie poddadzą. W desperacji zaplątałem się w pępowinę i może przez to zaczęło m spadać tętno.. W sumie od czwartku myślałem że to taka zabawa w kotka i myszkę, ale jak rozcięli mamie brzuch w poniedziałek to wiedziałem, że już po zabawie. Dorośli to chyba z reguły mają mało cierpliwości do dzieci, ale żeby bawić się tak brutalnie? W ogóle to dziwna sprawa, bo ten lekarz co mnie z brzucha wyciągał był murzynem… I jak ja tu nie mam być w życiu rasistą!? ;)

Z tych wrażeń, po urodzeniu, spadł mi cukier (a komu by nie spadł?) Wyobrażacie sobie powagę sytuacji? Po dobrych ośmiu miesiącach siedzenia w brzuchu mamy, nie dość, że zabrali mnie do innej sali, to jeszcze podłączyli pod kroplówkę. Stwierdziłem, że to marny interes i na drugą noc tak się nie dam nabrać. Pomyślałem, że jak się nauczę dobrze ssać mleko od mamy to mnie więcej nie przeniosą. Walczyliśmy z mamą i się udało, śpimy znowu razem :) Teraz już umiem tak ssać, że możemy nawet sobie z mamą pozwolić na 2-3 godzinki drzemki. Problem, że na sali nie jesteśmy sami. Mamie więc ciężko spać kiedy moi kuple płaczą, albo ich mamy chrapią!

Ja generalnie, wydaje mi się, mam spory dystans do rzeczywiści, co prawda ktoś z personelu powiedział, że jak urosnę, to dam rodzicom popalić , ale póki co nie widzę sensu, aby robić afery z niczego. Płaczę wtedy jak jestem głodny. Jak się kiedyś zobaczymy to miejcie na uwadze, że coraz więcej rozumiem, nie używajcie więc przy mnie na przykład brzydkich słów, bo jak się ich nauczę to rodzice będą zażenowani… ;)

Tyle na razie!

Planuję spać i jeść, a rodzicom zaplanowałem już sprzątanie po sobie :)

Bartuś

PS

Podziękowania dla Taty za udostępnienie skrzynki e-mail, na razie nie mam swojej, więc możecie tutaj do mnie pisać ;)

Metody nawiązywania kontaktu z Niemowlakiem

Agu gu gu… tak zaczynają mówić najbardziej elokwentni rodzice (szczególnie mamy) tuż po narodzinach swojego dziecka. Nawet osoby, które z natury są poważne i sztywne, potrafią zrobić z siebie „pajaca,” aby tylko zobaczyć uśmiech, usłyszeć głużenie swojego synka lub córeczki. Na dłuższą metę jednak, komunikacja dla ojca małego dziecka wcale nie jest, jak widzę z autopsji, taka łatwa. Jako facet oczekuję od swoich rozmówców logicznych odpowiedzi.  Jaki więc sens ma, z punktu widzenia mężczyzny, gadanie do niemowlaka, skoro ono zacznie odpowiadać „ludzkim głosem” za jakieś 2-3 lata? Poza tym wygłupić się można raz…, ale tak codziennie?

Na szkole rodzenia uczą, że warto zwracać się do swojego dziecka już w okresie prenatalnym. Niemowlę, co prawda, jeszcze długo po urodzeniu nie będzie rozumiało słów, ale podobno już od początku wyczuwa znaczenie komunikatów, szczególnie to, czy jest akceptowane i kochane.

Po tych naukach, kiedy Magda była jeszcze w ciąży, staraliśmy się mówić do Bartka. Nie było to jednak łatwe, bo nasz synek nie chciał za bardzo reagować w brzuchu na zaczepki. Co prawda czasami kopał, ale trudno było stwierdzić czy jest to właśnie reakcja na kierowane do niego monologi. Pewnym rozwiązaniem okazało się głośne czytanie przed zaśnięciem. Dzięki tej formie kontaktu mieliśmy poczucie, że Bartek poznaje nasze głosy, gdyż podczas czytania „do brzucha” kopał częściej :)

Po pięciu miesiącach zdobywania doświadczenia w nawiązywaniu kontaktu z własnym dzieckiem, muszę przyznać, że od pierwszych dni próbując mówić do Bartka starałem się budować logiczne zdania, a nie mogłem się przełamać, aby mówić cokolwiek. Teraz mówię nie tyle zdania co sylaby i wyrazy naśladujące dźwięki. Inną, już zaawansowaną metodą (tej techniki uczę się od Magdy) jest prowadzenie konwersacji w dwóch osobach, wymaga to większej kreatywności, bo na zadane pytania dziecku, trzeba sobie samemu odpowiedzieć. Czasami w „pierwszej osobie” występuje np. pluszowy lewek lub żyrafa. Zasada główna się jednak nie zmienia – w tych dialogach staramy się odpowiadać za Bartka. Nasze dziecko jest oczywiście głównym widzem odgrywanych scenek i ogląda je z zainteresowaniem. My za to unikamy frustracji, że dziecko milczy…

Jeszcze niedawno, kiedy liczyłem, że Bartek odpowie na moje zagadywanie, mój syn odwracał się i „mówił” lub śmiał się np. do ściany..,Podobna  „ignorancja” dla ojca może być dotkliwa, szczególnie jeśli wcześniej, ambitny tata, wiele poświęcił, aby się przełamać… W takich chwilach patrzę na budowanie relacji z synem jako na długotrwałą inwestycję, w której są wzloty i upadki. Przecież kiedy przyjdzie czas dorastania, aby nie odwoływać się za każdym razem do „władzy rodzicielskiej”, metody dyplomatyczne, czyli właśnie umiejętność komunikowania się, będzie najważniejsza. Już teraz widzę, że przez wspólne wygłupy, moje próby zagadywania, Barek stał mi się bliższy, po prostu czuję, że go lepiej znam.

Drodzy ojcowie, jeśli macie swoje, sprawdzone sposoby na nawiązywanie kontaktu z Waszymi małymi pociechami, podzielcie się nimi w komentarzach, uczmy się od siebie nawzajem :)

Ojciec z pokolenia dotykowców

Moja kochana żona, wybierając dla mnie prezent na ostatnie święta Bożego Narodzenia, rozważała między zakupem czytnika ebooków Kindle PaperWhite, a Kindle Classic. Magda wiedziała, że z czytnika będę się bardziej cieszył niż z tabletu. Ten drugi uważam, że też jest przydatny, ale bardziej nadaje się do przeglądania Internetu, niż do czytania książek i dłuższych artykułów.

Przy porównaniu wersji Kindle na blogu Roberta Drózda, użytkownicy często pisali, aby kupić „każdy czytnik, tylko nie dotykowy”, dlatego pewnie gdyby Kindle Classic miał podświetlany ekran to wybór padłby na ten model. Poza jednak chęcią sprawienia mi wielkiej przyjemności na Święta, Magda chciała jeszcze rozprawić się z lampką nocną, którą często zapalałem do czytania przed zaśnięciem.

Dostałem więc na szczęście dotykowca – PaperWhite’a! Dlaczego tak mnie cieszy ekran dotykowy czytnika w kontekście opieki nad 4 miesięcznym Brzdącem? Nasz Smyk jak dotąd dużo czasu spędza na rękach lub przy flaszce… mleka. Przy karmieniu Mały robi awanturę np. gdy leci za wolno, za szybko, pod złym kątem…, a w szczególności gdy chce jeszcze! Z kolei kiedy wieczorem nie może zasnąć, a samo leżenie go drażni, nie pozostaje nic innego jak wziąć go na ręce i poczekać, aż się jeszcze trochę zmęczy… W tych warunkach zakres ruchów jest ograniczony, jedna ręka jest właściwie zawsze zajęta, a w drugiej nierzadko pozostaje do dyspozycji pół dłoni i kciuk. Tak, tak, ten słynny kciuk, którego wielu używa do przełączania kanałów telewizyjnych, ja używam do „wertowania” kartek na czytniku :) W przypadku Kindle Classic oczywiście tez można używać kciuka do przekładania kartek, ale tylko za pomocą przycisków, te zaś są na obrzeżach obudowy. Nasze palce mogą do niej nie sięgać gdy np. jedną ręką trzymamy dziecko, drugą je podtrzymujemy, a przecież dłoni musi jeszcze wystarczyć, aby chwycić czytnik.

Podsumowując, drodzy ojcowie, jeśli lubicie czytać, ale Wasze dziecko/dzieci nie pozwala(ją) Wam na przesiadywanie w Internecie oraz na czytanie tradycyjnych gazet i książek, zainwestujcie w czytnik, najlepiej Kindle PaperWhite. Artykuły z Internetu, których nie mam czasu czytać na komputerze wysyłam na czytnik poprzez wtyczkę do przeglądarki „Send to Kindle”. Poza tym waga urządzenia nie jest uzależniona od ilości stron, przez to czytniki i tablety są bardziej ergonomiczne w trzymaniu, a to przekłada się na to co najważniejsze, czyli na bezpieczeństwo naszych pociech.

Dlaczego nie będę czekał, aż mój syn „wybierze” sobie płeć zgodnie ze swoim (samo)poczuciem?

Na razie mam jednego syna i moim celem jest, aby stał się mężczyzną odpowiedzialnym, zdolnym do założenia własnej, trwałej rodziny.

Jestem przekonany, że to kim się stanie będzie w pierwszej kolejności zależeć od jego wychowania, od wzorców z których będzie czerpał. Wiadomo, że wiedzę będzie zdobywał sam, ale to czego się nauczy będzie prześwietlane przez (ukształtowane) sumienie. Cała więc sztuka polega na tym, aby nauczyć dziecko odróżniać dobro od zła, prawdę od fałszu, wartości wynikające z prawa naturalnego od przelotnych idei, którymi obecnie karmi nas świat.

Dlaczego nie będę czekał, aż mój syn sam wybierze sobie płeć zgodnie „ze swoim poczuciem”? Ponieważ uważam, że będzie to dla niego krzywdzące. Jeśli w okresie dojrzewania nie będzie wiedział, że rozwija się jako pełnowartościowy facet, to będzie tym unieszczęśliwiał siebie i innych. Tak jak nie odkryto „genu homoseksualizmu”, tak idea gender nie ma żadnych podstaw naukowych. I nawet jeśli moje poglądy są mylne to jeszcze długo będę odpowiedzialny za wychowanie mojego syna i dlatego w tym procesie zamierzam postępować zgodnie ze swoim sumieniem, a nie poprawnością polityczną.

Mam jeszcze słowo do obrońców tradycyjnego podziału płci, czyli do ludzi z mojej barykady. Moim zdaniem takie autorytety jak John Eldredge, Jacek Pulikowski, ks. Piotr Pawlukiewicz, ks. Fabian Błaszkiewicz,  za mało mówią do tych chłopaków, którzy widzą w sobie cechy powszechnie uznawane za kobiece. W obliczu obecnego prania mózgów takim młodzieńcom pewnie niewiele trzeba, aby zwątpić w swoją męską tożsamość. Aby tego uniknąć należy podkreślać, że „miękkie” cechy osobowości nie są dla nich żadną ujmą na honorze.

Najważniejsze, abyśmy zaakceptowali siebie i nie udawali kogoś innego,  dzięki temu zachowamy poczucie własnej wartości i nie będziemy obawiać się w życiu ról jakie chcemy wypełnić.

3 cele założenia bloga Karieraojca.pl

Dokładnie 7 października 2013 r. rozpocząłem swoją karierę ojca. I chociaż od dawna słyszałem, że mieć dziecko „to nie przelewki”, to jednak dopiero teraz zacząłem doświadczać z czym ojcostwo się je… i jaki jest jego wpływ na moją codzienność.

Tak naprawdę od początku 2014 roku chciałem zacząć pisać blog zawodowy, ale minęły już 3 tygodnie stycznia, a ja nie mam czasu, aby nawet pomyśleć jaki miałby być ten pierwszy „zawodowy” wpis. Chociaż dla pocieszenia wykupiłem sobie domenę – mnemosens.pl :)

Nie lubię nie dotrzymywać sobie obietnic, dlatego po burzliwych wewnętrznych negocjacjach doszedłem do porozumienia, że pisać będę, ale na temat własnego ojcostwa, bo o tym będzie mi się na razie pisało łatwiej. Pomysł ten z resztą podpowiedziała mi Magda, moja kochana żona. Była ona ofiarą moich pierwszych frustracji związanych z niespełnieniem blogowych ambicji. Magda zauważyła, że chociaż jest sporo stron internetowych dla mam to, o dziwo, brakuje męskiego spojrzenia na wychowanie dzieci.

Karieraojca.pl to, mam nadzieję, projekt na całe moje… życie. W przeciwieństwie do pracy zawodowej, z roli ojca nikt mnie nigdy nie zwolni i wygląda na to, że zawsze będę miał coś do zrobienia w tej „rodzinnej branży”. Zakładam, że w okresie dorastania mojego synka (i jego rodzeństwa – jak Bóg da ;) ) moja aktywność ojcowska będzie się zmieniać. Co będzie pewnie miało też przełożenie na niniejszą aktywność pisarską.

Podsumowując, blog ten ma (na dzień dzisiejszy) 3 zadania:

  1. Zaspokoić moje blogowe ambicje
  2. Dać szansę innym ojcom, którzy szukają swojego miejsca w sieci, do wymiany doświadczeń
  3. „Last but not least” – zakładam, że publikowanie tekstów o moim ojcostwie podniesie jego poziom i przełoży się na wyższą jakość życia całej mojej rodziny.